wtorek, 16 czerwca 2015

Opowiadanie nr.1 Ślepota

Pisane mniej więcej 22.00 do 23.30, 04.06.15 r.
Tematyka: Obojętność.

Dzisiaj świeci słońce, jego promienie rażą nas w oczy, jednak dla każdego z nas nadejdzie chwila, gdy ono zniknie i pojawi się cień.

Cień który zniszczy nas od środka, ale będzie to powolne, sprawiające ogromny ból, z którym nie możemy nic zrobić.

Czasami nie ma nadziei na ratunek, wszystko wydaje się być beznadziejne, a my mamy ochotę po prostu odejść z tego świata, zapaść się w mroczne odmęty i już nigdy nie odzyskać pełnej świadomości, żyć w beztrosce i niewiedzy. Wydaje się nam, że niewiedza jest czymś dobrym, że z nią żyje się lepiej, a świat dzięki naszej głupocie jest bezpieczniejszy i lepszy. Niestety to nie prawda…

Marzymy o tym, by zamknąć oczy, uszy i serca na ból tego świata, zniknąć w swojej głębi, zasnąć miłym przyjemnym snem, w którym nie ma cierpienia i smutku.

Chcemy stworzyć swój własny świat, bez wojen, chorób, głodu, strachu, bólu, cierpienia, śmierci, bezdomności, biedy…

Jednak prawdziwy świat nam na to nie pozwoli. Zawsze wyrywa nas ze słodkiego snu, uderzając w najczulsze miejsce. Możemy się okłamywać, że będzie lepiej ale każdy z nas dobrze wie, że to tylko okłamywanie samego siebie i nic więcej.

Nie ma to jak oszukiwanie samego siebie, przecież to nic złego.

Najlepiej jest się zamknąć w sobie i być obojętnym.

***

Jest gorąco, mokra koszulka przylega mi do ciała. Pedałuję z całych sił, byle jak najszybciej przedostać się przez tłum ludzi. Źle się wśród nich czuję, bije od nich zła energia.

Atmosfera między nimi jest bardzo napięta. Krzyczą po sobie, wyzywają od najgorszych.

Skręcam w lewo, jadę między straganami, oni krzyczą na mnie, nazywają wariatką, ale ja się nimi nie przejmuję. Jadę dalej.

Cały czas tylko dzwonię dzwonkiem.

Chce mi się strasznie pić, ale nie mam zamiaru nic tu kupować. Kto wie, czy nie dodali czegoś do wody. To nie jest mój kraj, tylko obcy. Mają inne zwyczaje, inne zachowania.

Gdy skręcam w kolejną uliczkę, tym razem prosto na główny rynek, zauważam że wszyscy się patrzą w jedno miejsce, ale tylko na chwilę, zaraz spuszczają wzrok i szybko czmychają jak najdalej od tego czegoś, na co się patrzyli.

Jestem zdumiona. Co się dzieje?

Nagle słyszę pisk. A potem żałosny, bolesny skowyt.

Patrzę tam gdzie patrzyli się inni.

I staję jak wryta.

Widzę dorosłego mężczyznę, jak stoi nad psem.

Pies leży, ledwo dyszy, z pyska leci mu krew.

Przez chwilę myślę, że mężczyzna chce pomóc temu psu.

Jednak wtedy jego ciało się napina i podnosi nogę. Kopie psa z całej siły w brzuch, aż z jego pyska wyrywa się kolejny skowyt i krzyk bólu.

Widzę jak pies wstaje i próbuje uciec, ale jego oprawca, trzyma w ręce gruby sznur, zawiązany wokół szyi zwierzęcia. Choć jestem daleko, wiem że sznur jest tak zawiązany, że przy każdym pociągnięciu zaciska się mocniej, aż w końcu odetnie dopływ powietrza.

Serce mnie boli, do oczy napływają mi łzy, gdy patrzę na tą straszną scenę. Dlaczego wszyscy uciekają zamiast pomóc.

Zaczyna się we mnie wzbierać wściekłość, gdy facet wymierza psu kolejnego kopniaka, zeskakuję z rowera i biegnę w jego stronę.

-Co pan robi?! Zabije go pan! – krzyczę.

Jednak on patrzy na mnie, z głupim uśmieszkiem na twarzy, którym mam ochotę zetrzeć mocnym uderzeniem z sierpowego.

-Niech pan go zostawi w spokoju!

Jestem zaraz obok, stoję kilka metrów od niego.

-BO CO?! – warczy i wymierza psu kopniaka prosto w głowę.

Moje serce podskakuje, żołądek się skręca, gdy słyszę ten skowyt z bliska.

-Ty potworze! – skaczę na faceta i uderzam z całej siły w brzuch, aż się zatacza. Potem z całej siły walę go z pięści w twarz, słyszę gruchot złamanych kości.

Jest oszołomiony i w pierwszej chwili nie reaguje.

Potem puszcza sznur i rzuca się na mnie z dzikim rykiem, jego palce zaciskają się na mojej szyi, tak mocno, że nie mogę złapać oddechu i czuję jakby moje gardło miało zaraz zostać zmiażdżone, rozwalone na małe kawałeczki. Próbuję odciągnąć go jak najdalej od psa, łapię go za ręce, próbuję je rozewrzeć, jednak on bije mną o ścianę, tak mocno, aż słyszę trzask z tyłu głowy. Jęczę, chcę złapać oddech, płuca mnie palą.

Wcześniej było tu mnóstwo ludzi, teraz nie ma nikogo. Wszyscy uciekli, byle tylko nie zetknąć się z kolejnym cierpieniem.

Walę go z kolana w krocze. Puszcza mnie i krzyczy.

Krzyczę o pomoc. Jednak ona nie nadchodzi.

Nikogo tu nie ma.

Wiem, że mogłabym uciec, ale nie jestem taka. Jeśli ja ucieknę, on znów wróci do tego biednego psa i go zakatuje na śmierć, jeśli już go nie zakatował.

-Ty mała zdziro! Jak śmiesz się wtrącać w nieswoje sprawy?! – mężczyzna patrzy na mnie tak wściekle, że mam wrażenie, jakby wypalał mnie od środka. Sięga do cholewki buta i wyjmuje nóż.

Ogarnia mnie przerażenie.

Rzuca się na mnie, ale robię błyskawiczny unik i wołam o pomoc. Widzę kilku chłopaków, którzy biegną w naszym kierunku.

Mężczyzna łapie mnie i przystawia nóż do gardła.

-Pokażę ci, co się dzieje, gdy się ze mną zadziera.

Przełykam ślinę. Chłopcy są coraz bliżej, okrążają nas, chcąc zajść go od tyłu. W ręce ma kawałek cegły.

Mężczyzna zaczyna mnie ciągnąć z powrotem w kierunku psa, który leży niedaleko. Nie rusza się i przez chwile targa mną trwoga, że już nie żyje. Jednak nie mam czasu się tym przejmować.

Facet rzuca mną o ścianę, upadam obok psa, mam mroczki przed oczami, czuję coś gorącego z tyłu głowy, co powoli spływa w kierunku moich pleców.

Ostatkiem sił wstaję, łapię duży kamień i walę mężczyznę nim w brzuch.

Zdążam w ostatniej sekundzie, gdy nóż jest kilka milimetrów od psa, gdybym się zawahała na ułamek sekundy, wbiłby go prosto w brzuch zwierzęcia.

Mężczyzna upada, z brzucha leci mu krew. Widzę dwóch policjantów, którzy biegną w naszą stronę. Nie mam pojęcia, gdzie podziali się tamci chłopcy.

Gdy on ich zauważa chce wstać i uciec, jednak łapię go i przyszpilam do ziemi, boleśnie wykręcając ręce na plecach.

Potem wszystko rozgrywa się błyskawicznie. Policjanci zakuwają go, dzwonią po karetkę. Próbują mi pomóc, jednak ja mam to gdzieś. Gdzie byli wcześniej, gdy bardziej potrzebowałam pomocy?

Dlaczego nikt mi nie pomógł?

Podnoszę psa i biegnę. Biegnę z nim na rękach, jest taki mały…

Biegnę po ratunek.

Odcinam się od bólu w swoim ciele. Nie zważam na ostre rwanie w nogach. Nie zważam na krzyki policjantów za mną.

Pies otwiera oczy, patrzy na mnie tak pięknymi oczami, w których jest tyle bólu, tyle cierpienia, strachu. A także wdzięczności.

Podnosi głowę i liże mnie po twarzy. Widzę że merda ogonem i coś się we mnie ściska.

Krew ze mnie upływa, mam ataki słabości, jest mi słabo.


Ale wciąż biegnę z nadzieją, że mi się uda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz