Pisane
mniej więcej 22.00 do 23.30, 04.06.15 r.
Tematyka:
Obojętność.
Dzisiaj
świeci słońce, jego promienie rażą nas w oczy, jednak dla
każdego z nas nadejdzie chwila, gdy ono zniknie i pojawi się cień.
Cień
który zniszczy nas od środka, ale będzie to powolne, sprawiające
ogromny ból, z którym nie możemy nic zrobić.
Czasami
nie ma nadziei na ratunek, wszystko wydaje się być beznadziejne, a
my mamy ochotę po prostu odejść z tego świata, zapaść się w
mroczne odmęty i już nigdy nie odzyskać pełnej świadomości, żyć
w beztrosce i niewiedzy. Wydaje się nam, że niewiedza jest czymś
dobrym, że z nią żyje się lepiej, a świat dzięki naszej
głupocie jest bezpieczniejszy i lepszy. Niestety to nie prawda…
Marzymy
o tym, by zamknąć oczy, uszy i serca na ból tego świata, zniknąć
w swojej głębi, zasnąć miłym przyjemnym snem, w którym nie ma
cierpienia i smutku.
Chcemy
stworzyć swój własny świat, bez wojen, chorób, głodu, strachu,
bólu, cierpienia, śmierci, bezdomności, biedy…
Jednak
prawdziwy świat nam na to nie pozwoli. Zawsze wyrywa nas ze
słodkiego snu, uderzając w najczulsze miejsce. Możemy się
okłamywać, że będzie lepiej ale każdy z nas dobrze wie, że to
tylko okłamywanie samego siebie i nic więcej.
Nie
ma to jak oszukiwanie samego siebie, przecież to nic złego.
Najlepiej
jest się zamknąć w sobie i być obojętnym.
***
Jest
gorąco, mokra koszulka przylega mi do ciała. Pedałuję z całych
sił, byle jak najszybciej przedostać się przez tłum ludzi. Źle
się wśród nich czuję, bije od nich zła energia.
Atmosfera
między nimi jest bardzo napięta. Krzyczą po sobie, wyzywają od
najgorszych.
Skręcam
w lewo, jadę między straganami, oni krzyczą na mnie, nazywają
wariatką, ale ja się nimi nie przejmuję. Jadę dalej.
Cały
czas tylko dzwonię dzwonkiem.
Chce
mi się strasznie pić, ale nie mam zamiaru nic tu kupować. Kto wie,
czy nie dodali czegoś do wody. To nie jest mój kraj, tylko obcy.
Mają inne zwyczaje, inne zachowania.
Gdy
skręcam w kolejną uliczkę, tym razem prosto na główny rynek,
zauważam że wszyscy się patrzą w jedno miejsce, ale tylko na
chwilę, zaraz spuszczają wzrok i szybko czmychają jak najdalej od
tego czegoś, na co się patrzyli.
Jestem
zdumiona. Co się dzieje?
Nagle
słyszę pisk. A potem żałosny, bolesny skowyt.
Patrzę
tam gdzie patrzyli się inni.
I
staję jak wryta.
Widzę
dorosłego mężczyznę, jak stoi nad psem.
Pies
leży, ledwo dyszy, z pyska leci mu krew.
Przez
chwilę myślę, że mężczyzna chce pomóc temu psu.
Jednak
wtedy jego ciało się napina i podnosi nogę. Kopie psa z całej
siły w brzuch, aż z jego pyska wyrywa się kolejny skowyt i krzyk
bólu.
Widzę
jak pies wstaje i próbuje uciec, ale jego oprawca, trzyma w ręce
gruby sznur, zawiązany wokół szyi zwierzęcia. Choć jestem
daleko, wiem że sznur jest tak zawiązany, że przy każdym
pociągnięciu zaciska się mocniej, aż w końcu odetnie dopływ
powietrza.
Serce
mnie boli, do oczy napływają mi łzy, gdy patrzę na tą straszną
scenę. Dlaczego wszyscy uciekają zamiast pomóc.
Zaczyna
się we mnie wzbierać wściekłość, gdy facet wymierza psu
kolejnego kopniaka, zeskakuję z rowera i biegnę w jego stronę.
-Co
pan robi?! Zabije go pan! – krzyczę.
Jednak
on patrzy na mnie, z głupim uśmieszkiem na twarzy, którym mam
ochotę zetrzeć mocnym uderzeniem z sierpowego.
-Niech
pan go zostawi w spokoju!
Jestem
zaraz obok, stoję kilka metrów od niego.
-BO
CO?! – warczy i wymierza psu kopniaka prosto w głowę.
Moje
serce podskakuje, żołądek się skręca, gdy słyszę ten skowyt z
bliska.
-Ty
potworze! – skaczę na faceta i uderzam z całej siły w brzuch, aż
się zatacza. Potem z całej siły walę go z pięści w twarz,
słyszę gruchot złamanych kości.
Jest
oszołomiony i w pierwszej chwili nie reaguje.
Potem
puszcza sznur i rzuca się na mnie z dzikim rykiem, jego palce
zaciskają się na mojej szyi, tak mocno, że nie mogę złapać
oddechu i czuję jakby moje gardło miało zaraz zostać zmiażdżone,
rozwalone na małe kawałeczki. Próbuję odciągnąć go jak
najdalej od psa, łapię go za ręce, próbuję je rozewrzeć, jednak
on bije mną o ścianę, tak mocno, aż słyszę trzask z tyłu
głowy. Jęczę, chcę złapać oddech, płuca mnie palą.
Wcześniej
było tu mnóstwo ludzi, teraz nie ma nikogo. Wszyscy uciekli, byle
tylko nie zetknąć się z kolejnym cierpieniem.
Walę
go z kolana w krocze. Puszcza mnie i krzyczy.
Krzyczę
o pomoc. Jednak ona nie nadchodzi.
Nikogo
tu nie ma.
Wiem,
że mogłabym uciec, ale nie jestem taka. Jeśli ja ucieknę, on znów
wróci do tego biednego psa i go zakatuje na śmierć, jeśli już go
nie zakatował.
-Ty
mała zdziro! Jak śmiesz się wtrącać w nieswoje sprawy?! –
mężczyzna patrzy na mnie tak wściekle, że mam wrażenie, jakby
wypalał mnie od środka. Sięga do cholewki buta i wyjmuje nóż.
Ogarnia
mnie przerażenie.
Rzuca
się na mnie, ale robię błyskawiczny unik i wołam o pomoc. Widzę
kilku chłopaków, którzy biegną w naszym kierunku.
Mężczyzna
łapie mnie i przystawia nóż do gardła.
-Pokażę
ci, co się dzieje, gdy się ze mną zadziera.
Przełykam
ślinę. Chłopcy są coraz bliżej, okrążają nas, chcąc zajść
go od tyłu. W ręce ma kawałek cegły.
Mężczyzna
zaczyna mnie ciągnąć z powrotem w kierunku psa, który leży
niedaleko. Nie rusza się i przez chwile targa mną trwoga, że już
nie żyje. Jednak nie mam czasu się tym przejmować.
Facet
rzuca mną o ścianę, upadam obok psa, mam mroczki przed oczami,
czuję coś gorącego z tyłu głowy, co powoli spływa w kierunku
moich pleców.
Ostatkiem
sił wstaję, łapię duży kamień i walę mężczyznę nim w
brzuch.
Zdążam
w ostatniej sekundzie, gdy nóż jest kilka milimetrów od psa,
gdybym się zawahała na ułamek sekundy, wbiłby go prosto w brzuch
zwierzęcia.
Mężczyzna
upada, z brzucha leci mu krew. Widzę dwóch policjantów, którzy
biegną w naszą stronę. Nie mam pojęcia, gdzie podziali się tamci
chłopcy.
Gdy
on ich zauważa chce wstać i uciec, jednak łapię go i przyszpilam
do ziemi, boleśnie wykręcając ręce na plecach.
Potem
wszystko rozgrywa się błyskawicznie. Policjanci zakuwają go,
dzwonią po karetkę. Próbują mi pomóc, jednak ja mam to gdzieś.
Gdzie byli wcześniej, gdy bardziej potrzebowałam pomocy?
Dlaczego
nikt mi nie pomógł?
Podnoszę
psa i biegnę. Biegnę z nim na rękach, jest taki mały…
Biegnę
po ratunek.
Odcinam
się od bólu w swoim ciele. Nie zważam na ostre rwanie w nogach.
Nie zważam na krzyki policjantów za mną.
Pies
otwiera oczy, patrzy na mnie tak pięknymi oczami, w których jest
tyle bólu, tyle cierpienia, strachu. A także wdzięczności.
Podnosi
głowę i liże mnie po twarzy. Widzę że merda ogonem i coś się
we mnie ściska.
Krew
ze mnie upływa, mam ataki słabości, jest mi słabo.
Ale
wciąż biegnę z nadzieją, że mi się uda.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz